Świnki morskie są z nami od czwartku wieczorem, wzięliśmy dwie samiczki, Koko i Pipi.
Pipi to rozetka, ma miesiąc, totalny szaleniec, biega, skacze, aż czasem mam wrażenie, że to królik a nie świnka, i do tego jest strasznie ciekawska, wszędzie wsadzi ten swój cudny ryjek. Niby się boi, bo jak chcę ją wyciągnąć, to ucieka tak, aż ciężko ją złapać, ale jednak gdy włożę rękę do klatki, to od razu leci zobaczyć, co smacznego przyniosłam i je z ręki. Cały czas sobie popiskuje, a gdy wchodzę do pokoju, to piszczy wniebogłosy. Aż się dziwię, że takie małe stworzonko może wydawać tak głośny dźwięk. I dlatego nazywa się Pipi, bo właśnie z piskiem mi się kojarzy.

No a Koko, bo siedzi niczym kurka na grzędzie, ciągle w jednym miejscu. Koko to świnka gładkowłosa i ma ok. 3 miesięcy. Póki co nie wydaje prawie żadnych odgłosów, jedynie co zauważyłam, to często grucha- coś jak gołąb. Grucha gdy ją głaszczę, gdy Laki zaszczeka, czasem gdy Pipi do niej podchodzi, gdy przesunę krzesłem po podłodze, gdy na yt włączę piszczące świnki, gdy słyszy wiertarkę czy młotek (za ścianą remont), gdy drzwi wejściowe trzasną... Próbowałam znaleźć, co to gruchanie oznacza, jedni mówią, że to z zadowolenia, a inni - że się boi i jest zdenerwowana, jakoś bliżej mi ku temu drugiemu. No i dziś jak wzięłam ją na kolana, to tak jakby fukała i prychała na mnie, dziwne to było, po raz pierwszy to słyszałam, zaraz po tym ją odłożyłam i przestała, chyba nie podobał jej się pobyt poza klatką ;-) Tak jak jej współlokatorka, apetyt ma ogromny i nie boi się jeść z ręki. Wśród warzyw ich głównym przysmakiem są ogórki i jabłka, staram się nie dawać zbyt dużo, ale wcinają je, aż uszy im się trzęsą. Z resztą tak zauważyłam, że głównie lubią wszystko to samo, co jada mój żółw, odżywiają się niemal identycznie, mimo tak wielkich różnic między nimi ;-)

Koko ma coś z nóżką, bardzo mało chodzi, a jak już się gdzieś przemieszcza, to jakoś krzywo jej to wychodzi. Choć przyznam, że jak ucieka, to jest równie szybka, co jej koleżanka. Zauważyłam, że czasem jedną nóżkę trzyma tak dziwnie wykrzywioną. Dlatego udaliśmy się do weterynarza, pani powiedziała, że może to być jakieś stare złamanie albo zwichnięcie, które się zrosło, bo wyczuwa zgrubienie na jednej z nóżek. Powiedziała też, że ją to nie boli, ale sama już nie wiem... W następnym tygodniu udamy się do innego weterynarza, który wykonuje zdjęcia rentgenowskie, bo nie daje nam spokoju, co może jej dolegać. Świnka się podsikuje, jeżeli będzie dalej tak robić, to grozi jej wizja uśpienia :-( Ale jestem pełna nadziei, że to chwilowe... Za to mniejsza świnka się ciągle drapie, dlatego dostaliśmy proszek przeciw insektom do wtarcia jej, mam nadzieję, że jej to pomoże. Wróciliśmy do sklepu, z którego braliśmy świnki, no i o całym zajściu opowiedzieliśmy. Bo chyba dziwne jest sprzedawać zwierzęta zapchlone (zawszone?) i wyraźnym defektem! Właściciel powiedział, że nie zauważył, by ze świnką coś było nie tak, choć dziwi mnie to, bo skoro my zauważyliśmy, choć na świnkach nie znamy się kompletnie, to chyba ciężko byłoby nie widzieć. Zaś z drugiej strony jestem w stanie zrozumieć, świnki w sklepach siedzą w niewielkich klatkach, jedzenie mają praktycznie pod nosem, mało się ruszają, to i może jest to mało widoczne. Ciężko stwierdzić, co jest prawdą a co nie. Ale zachował się fair, bo zaproponował nam zamianę świnek, mieliśmy dać mu naszą chorą, a on nam zdrową. Po przyjściu do domu, zryczałam się jak głupek i powiedziałam, że jej nie oddam, choćbyśmy mieli ją za chwile uśpić... Trudny wybór był, ale cieszę się, że tak postąpiliśmy. Kocham zwierzęta, więc chyba sumienie by mnie zeżarło. Nie potrafiłabym się cieszyć podmienioną świnką. Będziemy starali się ją wyleczyć i mam nadzieję, że będzie z nami jak najdłużej. Od dwóch dni widać poprawę, jest bardziej ruchliwa i mniej podsikana, być może zmiana miejsca i strach spowodował, że nie chciała chodzić po klatce. Oby tak właśnie było! Przyznam szczerze, że miałam o tym nie pisać, ale zdecydowałam się jednak, byście potraktowali to trochę jako przestrogę i bardziej oglądali zwierzęta w sklepie, a nie tak jak my - po 5 minutach brali je już do domu...



No to uciekam pogapić się trochę na moje dziewczynki i dać im coś smacznego :-)